Dzień bez procesora mowy
Ciepły promień słońca rykoszetem odbił się od kafelków w łazience, ale Majka go nie widziała. Wpatrywała się w małą, plastikową obudowę procesora mowy, która spoczywała na jej dłoni. Trzy krótkie, czerwone mignięcia diody. Potem martwa, głęboka czerń małego ekranu. Wcisnęła guzik resetu. Raz, drugi, piąty. Nic. W tym samym ulamku sekundy świat wokół niej zwiotczał, a potem zapadł się w sobie. Szum lodówki, odgłosy budzącego się za oknem miasta, jej własny, płytki oddech – wszystko zniknęło. Została tylko ta przerażająca, gęsta cisza, która nie była brakiem dźwięku, ale fizycznym, ciężkim uciskiem w skroniach. „Nie, nie, nie. Tylko nie dzisiaj” – pomyślała, a w jej żołądku zawiązał się lodowaty supeł. Dzisiaj miała ważny dzień w pracy. Dzisiaj miała żyć. Usiadła na podłodze w przedpokoju, zaciskając dłonie na telefonie. Ekran rozbłysnął. Zalogowała się na portal pacjenta, by zarezerwować pilną wizytę u technika. Palce jej drżały, gdy klikała w kalendarz lekarza. Brak wolnych terminów w ...